Droga do domu, moja historia powrotu do siebie
Przez dziesięć lat swojego życia zawodowego pracowałam w Irlandii z dziećmi dorastającymi w rodzinach, które ze względu na trudne doświadczenia życiowe wymagały szczególnej troski, wsparcia i zrozumienia. Były to często rodziny zmagające się z uzależnieniami, przemocą, zaniedbaniem emocjonalnym, ubóstwem i wielopokoleniowym cierpieniem, którego źródła sięgały znacznie głębiej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
W Irlandii coraz częściej używa się określenia vulnerable, które odnosi się do osób szczególnie wrażliwych, podatnych na zranienie i narażonych na różnego rodzaju zagrożenia. To słowo jest mi niezwykle bliskie, ponieważ zamiast definiować człowieka poprzez jego trudności, kieruje naszą uwagę na jego kruchość, doświadczenia i potrzebę ochrony.
W języku polskim wciąż brakuje mi określenia, które z podobną czułością i szacunkiem opisywałoby rodziny doświadczające głębokich kryzysów emocjonalnych i życiowych. Słowa takie jak „patologiczna” czy „dysfunkcyjna” nie tylko stygmatyzują, lecz także często przesłaniają prawdziwe przyczyny ludzkiego cierpienia, sprowadzając skomplikowane historie do uproszczonych etykiet.
Szczególnie boleśnie dotyka to dzieci, które nie mają żadnego wpływu na środowisko, w jakim przychodzą na świat, a mimo to bardzo wcześnie zaczynają nosić ciężar społecznych ocen i przekonań dotyczących ich rodzin. Zanim zdążą odkryć, kim naprawdę są, świat często zdąży już powiedzieć im, kim według niego będą.
A przecież za uzależnieniem, przemocą, emocjonalną niedostępnością czy zaniedbaniem nierzadko kryje się historia człowieka, który sam kiedyś został głęboko zraniony i nigdy nie otrzymał wsparcia potrzebnego do zrozumienia oraz ukojenia własnego bólu.
Jak mówi Gabor Maté:
„Pytanie nie brzmi: skąd uzależnienie, ale skąd ból”.
Te słowa głęboko ze mną rezonują, ponieważ przez lata pracy z dziećmi coraz wyraźniej dostrzegałam, że za zachowaniami, które społeczeństwo tak łatwo ocenia, często stoją niewypowiedziane historie cierpienia, odrzucenia, samotności i niezaspokojonej potrzeby miłości.
Zaczęłam rozumieć, że aby naprawdę zobaczyć drugiego człowieka, musimy wyjść poza jego zachowanie i spróbować dostrzec doświadczenia, które go ukształtowały. Zamiast pytać, co jest z nim nie tak, być może powinniśmy częściej zastanawiać się, co wydarzyło się w jego życiu, że nauczył się funkcjonować w sposób, który dziś przynosi cierpienie jemu samemu i ludziom wokół niego.
Trauma potrafi przenikać kolejne pokolenia, nie zawsze poprzez dramatyczne wydarzenia, lecz również przez codzienne milczenie, brak emocjonalnej obecności, nieumiejętność okazywania czułości czy głęboko zakorzenione przekonanie, że na miłość trzeba sobie zasłużyć. To, co kiedyś było sposobem przetrwania, z czasem może stać się nieświadomym wzorcem przekazywanym dzieciom, które dorastając, odtwarzają historie swoich rodziców, choć często całym sercem pragną żyć inaczej.
Dzieci, które przestały wierzyć w swoją wyjątkowość
Przez wszystkie lata mojej pracy nigdy nie spotkałam dziecka, które nie byłoby wyjątkowe, spotkałam natomiast wiele dzieci głęboko przekonanych, że nie mają w sobie nic wartościowego, że są niewystarczające, niekochane albo w jakiś sposób gorsze od innych.
Widziałam dzieci, które bardzo wcześnie nauczyły się rozpoznawać emocje dorosłych, ponieważ od ich nastrojów zależało poczucie bezpieczeństwa w domu. Dzieci, które potrafiły wychwycić najdrobniejszą zmianę tonu głosu, spojrzenia czy atmosfery, ale jednocześnie nie potrafiły nazwać własnych uczuć, ponieważ nikt nigdy nie stworzył im przestrzeni, w której mogłyby bezpiecznie je przeżywać.
Niektóre z nich wycofywały się w milczenie, starając się zajmować jak najmniej miejsca w świecie, inne wyrażały swój ból poprzez gniew, agresję, bunt i zachowania, które dorosłym wydawały się trudne do zaakceptowania, ponieważ zachowanie dziecka nie zawsze jest problemem, który należy naprawić, lecz bardzo często próbą zakomunikowania czegoś, czego nie potrafi ono jeszcze wyrazić słowami.
Pod gniewem może kryć się ogromny strach, pod wycofaniem głęboka samotność, a pod potrzebą nieustannego zwracania na siebie uwagi pragnienie, aby ktoś wreszcie naprawdę zobaczył i usłyszał dziecko, które od dawna czuje się niewidzialne.
W swojej pracy starałam się docierać właśnie do tych ukrytych, często głęboko poranionych części dziecięcego świata, wykorzystując czułość, uważną obecność, budowanie bezpiecznej relacji i różnorodne narzędzia terapeutyczne. Wierzyłam, że pod warstwami lęku, wstydu, nieufności i trudnych zachowań wciąż istnieje ich naturalna wrażliwość, ciekawość, piękno i zdolność do nawiązywania głębokich więzi, jeśli tylko otrzymają odpowiednie warunki, aby mogły ponownie się ujawnić.
Jednym z najbardziej bolesnych doświadczeń było dla mnie obserwowanie, jak bardzo dzieci potrafią utożsamić się z tym, co je spotkało, zaczynając wierzyć, że skoro były odrzucane, muszą być niewarte miłości, a skoro doświadczały przemocy lub zaniedbania, to być może w jakiś sposób na nie zasłużyły.
Chciałam, aby choć przez chwilę mogły doświadczyć czegoś zupełnie innego — obecności dorosłego, przy którym nie muszą niczego udowadniać, ukrywać swoich emocji ani zasługiwać na akceptację, ponieważ ich wartość nie zależy od zachowania, osiągnięć czy historii rodziny, w której przyszły na świat.
Jednocześnie coraz częściej towarzyszyło mi poczucie bezradności, szczególnie wtedy, gdy obserwowałam, jak dzieci po doświadczeniu bezpieczeństwa i troski wracały do środowisk, w których wciąż obecne były te same bolesne mechanizmy. Wiedziałam, że nawet najpiękniejsza relacja terapeutyczna nie zawsze jest w stanie zrównoważyć cierpienie, które nieustannie odtwarza się w codziennym życiu rodziny.
Zaczęłam coraz głębiej zastanawiać się nad naturą traumy, jej wpływem na ciało, emocje i sposób postrzegania świata, a przede wszystkim nad tym, dlaczego pewne doświadczenia pozostają w nas tak długo, nawet kiedy rozumiemy już ich przyczyny.
Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że pytania, które zadawałam sobie, obserwując cierpienie tych dzieci, prowadziły mnie również ku mojej własnej, głęboko ukrytej historii.
Ból, który nosiłam w sobie
Przez wiele lat próbowałam pomagać innym odnaleźć w sobie poczucie wartości, bezpieczeństwa i wewnętrznej siły, podczas gdy sama zmagałam się z głębokim przekonaniem, że jestem głupia, niegodna i wybrakowana jako osoba. Pisząc te słowa, wiele razy czułam skurcz w żołądku, ponieważ w najgłębszej warstwie mojego istnienia czułam się niegodna miłości i panicznie bałam się, że ktoś to zauważy.
Pogarda wobec siebie towarzyszyła mi, odkąd pamiętam, i z czasem stała się czymś znacznie głębszym niż negatywne myśli czy chwilowe poczucie niskiej wartości. Była niewidzialnym filtrem, przez który postrzegałam siebie i otaczający mnie świat, wpływającym na moje relacje, wybory, sposób przeżywania emocji, a nawet na to, ile radości i bliskości potrafiłam dopuścić do swojego życia.
Można przez wiele lat funkcjonować w świecie, pracować, mieć dobrą pracę, wspierać innych, podejmować odpowiedzialność i sprawiać wrażenie osoby silnej, a jednocześnie nosić w sobie cierpienie tak głębokie, że każdy dzień staje się kolejną próbą przetrwania.
Długo nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego pomimo ogromnej chęci zmiany i wszystkich wysiłków, które podejmowałam, wciąż wracałam do tego samego miejsca wewnętrznej pustki, samotności i odrzucenia siebie.
Szukałam pomocy u psychologów i terapeutów reprezentujących różne nurty, próbując odnaleźć źródło swojego cierpienia i zrozumieć mechanizmy, które kierowały moim życiem. Każde z tych doświadczeń wnosiło coś do mojego rozumienia siebie, jednak mimo upływu lat czułam, że w najgłębszych warstwach mojego istnienia pozostaje rana, do której nie potrafię dotrzeć.
Coraz wyraźniej odczuwałam rozdźwięk między tym, co rozumiałam intelektualnie, a tym, co rzeczywiście przeżywałam. Mogłam wiedzieć, że zasługuję na miłość, a jednocześnie całym swoim ciałem odczuwać, że jestem jej niegodna; mogłam rozpoznawać destrukcyjne przekonania, ale sama świadomość ich istnienia nie wystarczała, aby uwolnić się od emocji, które były z nimi związane.
Z biegiem czasu mój wewnętrzny świat stawał się coraz ciemniejszy, a cierpienie, które przez lata próbowałam oswoić, zaczęło odbierać mi nadzieję, że kiedykolwiek będę mogła poczuć się naprawdę wolna.
Przyszedł moment, w którym nie chciałam już żyć, i nie nastąpiło to nagle, lecz powoli, kiedy z każdym kolejnym dniem czułam, jak coraz bardziej zaczynam się zapadać, nie mogąc uwierzyć, że żyję w świecie, który tak bardzo boli.
To doświadczenie trudno opisać słowami komuś, kto nie zna takiego cierpienia, ponieważ był to wewnętrzny ból, który stał się tak przytłaczający, że nie potrafiłam wyobrazić sobie dalszego istnienia z jego ciężarem, a zarazem myśl, że mogę to zakończyć, trzymała mnie przy życiu… Jeszcze jeden dzień i szłam dalej, trwając w bólu.
Dziś, kiedy wracam myślami do tamtej kobiety, nie czuję już wobec niej pogardy, która przez tak długi czas była moim jedynym sposobem odnoszenia się do siebie. Czuję ogromną czułość i współczucie dla kogoś, kto przez wiele lat próbował odnaleźć drogę do życia, nie rozumiejąc jeszcze, jak głęboko został zraniony.
Z perspektywy czasu widzę również, że moje doświadczenia zawodowe i osobiste nie były od siebie tak odległe, jak kiedyś myślałam, ponieważ w dzieciach, którym starałam się pomagać, nieświadomie rozpoznawałam również własną tęsknotę za bezpieczeństwem, akceptacją i bezwarunkową miłością.
Spotkanie z medycyną natury
W tradycjach niektórych rdzennych społeczności istnieje przekonanie, że Medycyna Roślinna pojawia się w życiu człowieka w chwili, kiedy jest on gotowy na spotkanie z tym, co ma mu do pokazania, i wtedy, kiedy naprawdę jej potrzebuje. Nie potrafię powiedzieć, czy to ja odnalazłam tę drogę, czy też w jakiś trudny do wyjaśnienia sposób ona odnalazła mnie, wiem jednak, że pojawiła się w moim życiu w momencie, kiedy niemal całkowicie utraciłam nadzieję na odnalezienie wewnętrznego spokoju.
Moje pierwsze doświadczenia z Enteogenami otworzyły przede mną przestrzeń, której wcześniej nie znałam, prowadząc mnie ku emocjom, wspomnieniom i głęboko ukrytym częściom siebie, do których przez wiele lat nie potrafiłam dotrzeć pomimo podejmowanych prób terapeutycznych.
Nie była to jednak droga łatwa ani pozbawiona cierpienia, ponieważ konfrontacja z własną traumą wymagała ode mnie spotkania z doświadczeniami, przed którymi przez całe życie próbowałam się chronić i które wyparłam.
Przez wiele lat pragnęłam, aby dzieci, którym pomagałam, mogły zobaczyć siebie z taką samą miłością, z Przez wiele lat pragnęłam, aby dzieci, którym pomagałam, mogły zobaczyć siebie z taką samą miłością, z jaką ja patrzyłam na nie. Nigdy nie przypuszczałam, że pewnego dnia największym darem mojego życia stanie się to, że wreszcie nauczę się patrzeć w ten sposób również na siebie ja patrzyłam na nie. Nigdy nie przypuszczałam, że pewnego dnia największym darem mojego życia stanie się to, że wreszcie nauczę się patrzeć w ten sposób również na siebie
To doświadczenie było tak głębokie i poruszające, że do dziś trudno mi opowiedzieć o nim językiem, który w pełni oddawałby jego znaczenie. Miałam poczucie, że dotykam miejsca wewnątrz siebie, w którym cierpienie zapisało się na długo przed tym, zanim nauczyłam się je rozumieć i nazywać.
Po raz pierwszy nie tylko wiedziałam, że zostałam zraniona, lecz również poczułam, jak głęboko to zranienie wpłynęło na sposób, w jaki przez całe życie odnosiłam się do siebie, do innych ludzi i do samego faktu własnego istnienia.
To, co wcześniej było rozproszone w niezliczonych emocjach, przekonaniach i reakcjach, zaczęło układać się w historię, którą mogłam zobaczyć z zupełnie innej perspektywy.
Najbardziej poruszające było dla mnie odkrycie, że pod warstwami pogardy, wstydu i wewnętrznego odrzucenia wciąż istniała część mnie, która nie przestawała pragnąć miłości, bliskości i życia, nawet wtedy, kiedy świadomie nie potrafiłam już odnaleźć w sobie tej nadziei.
Moja droga uzdrowienia nie zakończyła się wraz z jednym doświadczeniem ani jedną ceremonią, lecz była drogą kolejnych spotkań z Rdzenną Medycyną w latach 2018–2019, która warstwa po warstwie rozbrajała moje mechanizmy obronne, abym mogła dotrzeć do źródła mojego cierpienia. Była to najdłuższa droga, jaką przyszło mi pokonać, niezwykle trudna i bolesna, ale ja bardzo chciałam żyć, ponieważ zobaczyłam nadzieję… i to właśnie ta mądrość z pól i lasów deszczowych podarowała mi tę nadzieję.
Grzyby psylocybinowe, Syrian Rue i Ayahuasca odegrały w mojej osobistej historii niezwykle ważną rolę. Spotkania z nimi były jednymi z najważniejszych doświadczeń, jakie mi się przydarzyły — uratowały mi życie, ponieważ pomogły mi odzyskać kontakt ze sobą i własnym pragnieniem życia.
W mojej osobistej historii te doświadczenia stały się częścią drogi, dzięki której odzyskałam coś, co wydawało mi się bezpowrotnie utracone — możliwość odczuwania życia nie tylko jako ciężaru, który trzeba unieść, ale także jako daru, w którym mogę naprawdę uczestniczyć.
Uzdrowienie jako powrót do własnej istoty
Przez wiele lat wyobrażałam sobie uzdrowienie jako moment, w którym przestanę cierpieć, a moja przeszłość utraci wszelką moc oddziaływania na teraźniejszość. Zrozumiałam, że prawdziwa przemiana, przynajmniej w moim doświadczeniu, nie polegała na wymazaniu wspomnień ani na usunięciu wszystkich trudnych emocji, lecz na stopniowej zmianie relacji z samą sobą i własną historią.
Moja historia nie zniknęła i nadal pozostaje częścią mnie, ale nie jest już jedyną opowieścią, jaką potrafię o sobie powiedzieć. Dziś mogę spojrzeć na własną przeszłość z większą czułością, widząc nie tylko cierpienie, którego doświadczyłam, lecz również ogromną siłę potrzebną do tego, aby przez nie przejść i stopniowo odzyskiwać kontakt z życiem.
To właśnie w tym znaczeniu mówię o powrocie do domu, ponieważ nie chodzi o miejsce, do którego można dotrzeć, lecz o wewnętrzne doświadczenie, w którym przestaję uciekać przed samą sobą i odkrywam, że mogę być obecna we własnym życiu bez nieustannej potrzeby odrzucania tego, co czuję.
Mądrość natury i szacunek do rdzennych tradycji
Moja osobista przemiana stała się początkiem głębokiego zainteresowania tradycjami rdzennych społeczności, które od pokoleń pielęgnują wiedzę o roślinach, ich właściwościach oraz miejscu, jakie zajmują w duchowym i kulturowym życiu człowieka.
Szczególne miejsce w moim sercu zajmują tradycje ludu Shipibo-Konibo z amazońskich lasów deszczowych, w których Ayahuaska jest związana nie tylko z doświadczeniem jednostki, lecz również z wielopokoleniowym przekazem wiedzy, relacją z naturą, praktykami duchowymi i odpowiedzialnością wobec wspólnoty.
Głęboko porusza mnie sposób, w jaki w tych tradycjach postrzegana jest relacja człowieka ze światem przyrody, ponieważ przypomina o czymś, o czym współczesne społeczeństwa tak łatwo zapominają — że nie istniejemy w oddzieleniu od natury, lecz jesteśmy częścią większej, wzajemnie powiązanej całości.
W tradycjach związanych z Ayahuaską spotkałam również przekonanie, że relacja z roślinną medycyną może pogłębiać się przez całe życie, wymagając cierpliwości, szacunku, uważności i gotowości do nieustannego uczenia się.
Dla mnie Enteogeny nie są jedynie przedmiotem fascynacji ani sposobem poszukiwania niezwykłych doświadczeń, lecz częścią osobistej historii, która zaprowadziła mnie do głębszych pytań o naturę ludzkiego cierpienia, świadomości, miłości i naszej relacji z otaczającym światem.
Kiedy osobista historia staje się drogą służenia innym
Dziś, kiedy patrzę na drogę, którą przeszłam, czuję przede wszystkim ogromną wdzięczność za to, że nadal jestem tutaj i mogę doświadczać życia w sposób, który kiedyś wydawał mi się niemożliwy.
Nie zapomniałam kobiety, która przez wiele lat żyła w ciemności, ani tej, która nie potrafiła już odnaleźć w sobie pragnienia dalszego istnienia. To właśnie pamięć o niej sprawia, że moja wdzięczność nie jest powierzchownym uczuciem, lecz czymś głęboko zakorzenionym w świadomości, jak wiele znaczy dla mnie możliwość przeżywania kolejnego dnia.
Z czasem zaczęłam również dostrzegać, że wszystkie moje doświadczenia — zarówno dziesięć lat pracy z dziećmi i rodzinami przeżywającymi trudności, jak i własna droga przez traumę, cierpienie oraz wewnętrzną przemianę — tworzą historię, której nie chcę już odrzucać, lecz z której jestem dumna.
Przez długi czas pragnęłam uwolnić się od swojej przeszłości, ponieważ wydawało mi się, że dopiero wtedy będę mogła naprawdę zacząć żyć. Dziś nie chciałabym, aby cierpienie, którego doświadczyłam, spotkało mnie ponownie, ale potrafię dostrzec, że droga przez nie nauczyła mnie czegoś niezwykle ważnego o ludzkiej wrażliwości, potrzebie bliskości i ogromnym znaczeniu bycia naprawdę zobaczonym przez drugiego człowieka.
Właśnie z tego miejsca narodziło się moje pragnienie dzielenia się z innymi wiedzą i doświadczeniami, które stały się częścią mojego życia, mojej misji i wewnętrznego powołania.
Razem z moim ukochanym Piotrem zaczęliśmy realizować misję przybliżania ludziom świata Enteogenów, tradycji związanych z medycyną roślinną oraz refleksji nad możliwościami głębszego poznawania siebie.
Wierzę, że każdy człowiek nosi w sobie historię, której nie widać na pierwszy rzut oka, i że za wieloma zachowaniami, przekonaniami oraz życiowymi wyborami kryją się doświadczenia zasługujące na zrozumienie, a nie na osąd.
Moje dziesięć lat pracy z dziećmi nauczyło mnie, jak ogromne znaczenie ma obecność drugiego człowieka, natomiast własna historia pozwoliła mi jeszcze głębiej zrozumieć, że czasami najtrudniejszą relacją, jaką musimy odbudować, jest relacja z samym sobą.
Nie patrzę na ludzi poprzez pryzmat tego, co w nich zranione, lecz dostrzegam to, co pomimo wszystkich doświadczeń pozostało w nich żywe i zdolne do przemiany. Być może właśnie dlatego tak ważne jest dla mnie przypominanie, że pod wszystkimi warstwami bólu, wstydu i lęku wciąż może istnieć przestrzeń na miłość, godność i poczucie przynależności.
Kiedy myślę o dzieciach, z którymi pracowałam w Irlandii, wracam do przekonania, które towarzyszyło mi przez wszystkie te lata: nigdy nie spotkałam dziecka, które nie byłoby wyjątkowe, spotkałam natomiast wiele dzieci, które z powodu własnych doświadczeń przestały w tę wyjątkowość wierzyć.
Zrozumiałam, że przez dużą część mojego życia byłam jednym z takich dzieci, choć dorosłam, nauczyłam się funkcjonować w świecie, pomagać innym i odnosić sukcesy.
Bo najgłębszą przemianą, jakiej doświadczyłam, było to, że wreszcie zaczęłam patrzeć na siebie z taką samą czułością, z jaką przez lata starałam się patrzeć na dzieci powierzone mojej opiece.
Jestem wdzięczna za ludzi, którzy pojawili się na mojej drodze, za wiedzę przekazywaną przez rdzenne społeczności, za doświadczenia z Medycyną Natury, które odegrały tak ważną rolę w mojej przemianie, i za możliwość budowania życia, w którym nie muszę już nieustannie walczyć z samą sobą.
Wszystko, czym dziś się dzielę, wyrasta właśnie z tej wdzięczności oraz z pragnienia, aby ludzie, którzy noszą w sobie podobny ból, wiedzieli, że ich obecne cierpienie nie musi być całą historią ich życia.
Nie potrafię obiecać nikomu uzdrowienia ani wskazać jednej właściwej drogi, ale mogę dzielić się tym, czego nauczyło mnie własne doświadczenie, i przypominać, jak wiele może zmienić spotkanie z samym sobą w atmosferze bezpieczeństwa, współczucia i głębokiego szacunku.
Dziś moje życie jest dla mnie darem, którego wartości nie potrafiłam kiedyś dostrzec, a możliwość bycia tutaj, kochania, uczenia się i towarzyszenia innym nadaje mojej historii znaczenie, którego przez wiele lat nie umiałam odnaleźć.
To, co kiedyś było moją najgłębszą raną, stało się również miejscem, z którego nauczyłam się patrzeć na ludzkie cierpienie z większą czułością, i to właśnie z tego miejsca wyrosła także moja siła, tak ogromna, że nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że w ogóle we mnie istnieje.
I być może właśnie na tym polega dla mnie najgłębszy sens powrotu do domu nie na odnalezieniu świata, w którym nigdy więcej nie doświadczę bólu, lecz na odkryciu w sobie miejsca, z którego nie muszę już uciekać.
Dlatego wszystko, co dziś robię, jest moim ukłonem w stronę życia, natury i tej niezwykłej drogi, która pozwoliła mi ponownie poczuć, że do nich należę, a swój najgłębszy pokłon składam Rdzennej Medycynie, ponieważ uratowała mi życie.
Z miłością i głęboką wdzięcznością,
Sylwia ❤️
